zachowania agresywne

Nasze postępy – lękliwość, reaktywność, zachowania agresywne u psa

Dzisiaj, czyli 30 października 2019, mija 18 miesięcy od adopcji Ciri ze schroniska we Wrocławiu. Półtora roku to dobra okazja, aby podsumować, z czym zrobiłyśmy postępy, a z czym niekoniecznie (i to też jest w porządku!). Wpis podzieliłam na pięć punktów z obszarami dla nas problematycznymi, nie tylko tymi związanymi z zachowaniami agresywnymi. W każdym opisuje, jak wyglądał problem i co się zmieniło. Praca nad agresją, reaktywnością i lękliwością u psa to proces, a nie machnięcie czarodziejską różdżką. Dlatego też nawet jeśli wydaje Wam się, że nasze postępy nie są imponujące, dla nas mają ogromne znaczenie. Dla przypomnienia początków naszej historii polecam ten wpis i zakładkę O nas.

Zachowania agresywne w stosunku do ludzi na dworze

Zachowania agresywne u psów to naturalny sposób komunikacji i unikania konfliktów. Problem zaczyna się, kiedy takie zachowania szybko eskalują, a pies przechodzi do gryzienia bez uprzednich sygnałów ostrzegawczych.

O tym, jak było na początku z agresją w stosunku do ludzi możecie mniej więcej przeczytać tutaj. W skrócie: Ciri rzucała się na ludzi, którzy się z nami witali, pochodzili konfrontacyjnie, widocznie z intencją kontaktu. Bardzo ciężko opisać słowami konkretny kontekst. Dla przykładu: idziemy chodnikiem wśród ludzi, dołącza do nas mój znajomy i spokojnie się wita, tak trochę “mimochodem” – zero reakcji. Spacerujemy po raczej pustym parku i z daleka zbliża się do nas osoba, która z kilku metrów macha i się wita – reakcja. Ugryzienie mojego taty było wynikiem tego, że nagle wyszedł z klaki schodowej. Pojedyncze postacie po zmroku powodowały zamrożenie i warczenie.

Co się zmieniło?

W ostatnim czasie miałyśmy dużo sytuacji, które kilka miesięcy po adopcji wywołałyby reakcję, a w tym momencie nie wywołują. Myślę, że to w dużej mierze zasługa zarządzania środowiskiem przeze mnie. Przykładowo, jak muszę z kimś porozmawiać z bliższej odległości to zasłaniam ją ciałem. Pierwszy raz uświadomiłam sobie, że nie mamy już tego problemu na tropieniu z Black Nose Knows. Wysadziłam Ciri z samochodu bez kagańca, a Marita, która była dla Ciri kompletnie obcą osobą, rozmawiała z nami i poszłyśmy na ślad. Nic się nie stało! Teraz Marita to ulubiona ciotka. W zeszłym tygodniu przychodził do nas kolega, którego Ciri nigdy wcześniej nie poznała. Wystarczyło, że powiedziałam radosnym tonem “Zobacz, kto to taki?!” i Ciri uznała go za kogoś znajomego. Uwaga! To, że Ciri akceptuje w swojej przestrzeni moich przyjaciół i rodzinę nie znaczy, że mogą oni pozwolić sobie na kontakt fizyczny z nią. Uważam, że mój pies ma prawo tego nie chcieć, nawet jeśli będzie tak już zawsze. Celem naszej pracy nie jest akceptacja głaskania od ludzi.

Z drugiej strony, ostatnio zdarzyła nam się taka niemiła sytuacja, że obcy facet na środku chodnika zatrzymał się nachylił nad nią wyciągając rękę. Ciri go oszczekała, ale może powinnam powiedzieć – tylko oszczekała! Nie doskoczyła do niego, nie dotknęła go ani nie zaatakowała. A mężczyzna sam zachował się agresywnie w stosunku do niej.

Podsumowując, Ciri nadal jest psem, który według mnie mógłby ugryźć obcą osobę nie wiedzącą o tym, jak odpowiednio zachowywać się przy psach. Jednak zaczyna tolerować coraz więcej osób w swojej przestrzeni, a moje zarządzanie środowiskiem jej w tym pomaga.

Praca nad agresją w stosunku do gości

Dla Ciri bodźcem wyzwalającym zachowania agresywne od początku było widzenie i słyszenie jak ktoś wchodzi do domu albo pomieszczenia, a także ruch (standardowo wstawanie z krzesła). Reakcja polegała na szczekaniu i rzucaniu się w stronę gościa. Popularna metoda, żeby pies po prostu poznał gościa na dworze, u nas nie dawała efektu bez odpowiedniego zarządzania sytuacją. Najbezpieczniej było ją w takiej sytuacji zamknąć w pokoju i przyjąć gościa w kuchni. Była głośno, jak słyszała gościa w przedpokoju, ale z odgłosami rozmowy w kuchni nie miała problemu.

Co się zmieniło?

Jednocześnie zmieniło się bardzo wiele i dość niewiele. Z jedną osobą jesteśmy na etapie ćwiczeń w sypialni (zaczęliśmy od kuchni) i obserwowania, jak ta osoba wchodzi do domu. Ciri czuje się swobodnie i może być bez kagańca, kiedy ten kolega siedzi z nami przy stole, gramy w planszówki, rozmawiamy, jemy itp. Ciri w tym czasie potrafi leżeć i spokojnie spać. Kiedy kolega chce wstać do toalety, dla bezpieczeństwa biorę ją na smycz i kształtuję “dobrą” reakcję jego wstawanie i poruszanie się.

Z obcymi osobami zaczynam od usadzenia ich w kuchni i poinstruowania, żeby nie patrzyli, nie zwracali uwagi na psa. Wprowadzam Ciri do przedpokoju, tak żeby widziała gościa i “zacieram” przez chwilę smaczkami ode mnie, żeby nie wybuchła. Następnie gość może rzucać jej smaczki, siedząc na krześle. To dobry schemat i sprawdza się u nas. Mimo niedużych postępów, bardzo sobie cenię ten obszar naszej pracy, bo akurat własne mieszkanie jest środowiskiem, którym bardzo łatwo zarządzać i zaplanować klarowną sesję treningową,

Mamy też powody do dumy, ponieważ ostatnio Ciri przyjęła w domu bez negatywnej reakcji kolegę, którego pierwszy raz widziała na oczy (wraz z tym kolegą, którego zna najlepiej). Piękny był to widok – mój “agresywny” pies leżący na kocyku obok dwóch mniej lub bardziej obcych facetów siedzących przy stole. Była tak spokojna, że dostąpiła “przywileju” zdjęcia kagańca w ich obecności. Oczywiście wszystko z jak największą ostrożnością ze strony wszystkich obecnych. Mam nadzieję, że takich sytuacji i postępów będzie coraz więcej.

Reaktywność w obcych, zamkniętych przestrzeniach

Praca nad agresją w obcych miejscach u Ciri różni się dla mnie od pracy w naszym mieszkaniu, dlatego rozdzieliłam te punkty. W obcych miejscach problem Ciri z ludźmi jest w zasadzie taki sam jak u nas w domu – wchodzenie, ruch, wstawanie. Ale ona dodatkowo nie czuje się dobrze w żadnym miejscu poza naszym mieszkaniem. Nawet jak jesteśmy zupełnie same w mieszkaniu moich rodziców, Ciri wokalizuje, kręci się, dyszy i sygnalizuje, że chce wyjść. Jest maksymalnie zestresowana i pobudzona, a jeśli w takim miejscu są dodatkowo obcy ludzie, to jej próg zachowań agresywnych jest prawie zerowy. Jazda samochodem na początku to był koszmar – przez bite pół godziny potrafiła skrzeczeć bez przerwy. Jak tylko zwalniałam na światłach, albo żeby zaparkować, jej emocje eskalowały i zaczynała się naprawdę mocno rzucać na tylnym siedzeniu.

Co się zmieniło?

Zmieniło się najmniej ze wszystkich obszarów. Nie potrafię znaleźć do niej “kluczyka” w tej kwestii. Myślę, że głównie dlatego, że nie środowisko mnie przerasta w takich sytuacjach.

Nie żyjemy w laboratorium i trudno znaleźć miejsce do pracy w kontrolowanych warunkach. Czasem odwiedzamy mieszkanie kolegi, którego Ciri akceptuje. Dają jej Kongi, uczę leżenia na macie i odpoczywania. I z jakiegoś powodu nic to nie zmienia. Robię to samo w mieszkaniu rodziców, jak czasem wyjadą. Za każdym razem jest tak samo zdenerwowana. Wizyty u weterynarza to coś strasznego, nawet nie przez badanie, tylko przez samo wejście do poczekalni.

W jeździe samochodem mamy pewne postępy. Nie mam własnego auta, więc nie mam jak jej stopniowo przyzwyczajać. Jak uda mi się pożyczyć, to po prostu jedziemy na trening czy spacer. Cotygodniowe jazdy na treningi już są zdecydowanie cichsze, ale każda zmiana prędkości, próg zwalniający, parkowanie wywołują skrzeczenie. Ale mam się z czego cieszyć, ponieważ podczas czekania na swoją kolej na detekcji czy tropieniu, Ciri jest w stanie położyć głowę na siedzeniu i przestać dyszeć na jakieś 30 sekund.

Czasem jeździmy autobusem lub tramwajem, ale maksymalnie na trzy przystanki i w niezbyt zapełnionym pojeździe.

Liczę, że ten obszar będzie łatwiejszy do przepracowania wraz z postępami w innych aspektach, w końcu wszystkie te “problemy” się łączą ze sobą.

“Agresja” w stosunku do psów

To od początku był najmniejszy “problem”, który najmniej mi przeszkadzał i zamierzałam włożyć w to najmniej pracy. W schronisku Ciri wydawała się podchodzić do psów zupełnie na luzie, w boksie miała “koleżankę”. Po adopcji ciągnęła do innych psów i ja, niesłusznie, pozwalałam jej na to. To sprawiło, że powitanie z innym psem wyglądało zazwyczaj tak: ona ciągnie do psa, podchodzi, niuchają się, a po kilku sekundach ona nagle wybucha na drugiego psa i trzeba się rozejść. Do tego od początku chodziłam z nią do psich parków, gdzie była dręczona… To sprawiło, że po kilku tygodniach miałam psa, który potrzebował kilkanaście metrów dystansu do innych psów, żeby nie wybuchnąć. Przy większym dystansie wpatrywała się w psy, zamarzała, dyszała.

Co się zmieniło?

Tak jak pisałam powyżej – praca nad agresją w stosunku do innych psów u mojego psa nie była priorytetem. Na początku ładowałam w nią smaczki na widok psa, ale nie wiedziałam za bardzo co robię. Przełomem było przeczytanie książki o BAT i spotkanie z Alicją . Wtedy zaczęłam podążać za Ciri pozwalając jej wybierać drogę, rezygnować, decydować o zwiększeniu dystansu. Kiedy było jej za trudno, ja decydowałam o odejściu, zasłaniałam ją ciałem, zmieniałam kierunek. Nagle okazało się, że problem z psami już przestaje być problemem. Potem doszła gra Look At That z książki Leslie McDevitt, polegająca na nagradzanie za patrzenie na bodziec. Sprawę przypieczętowały warsztaty Co Mówi Pies, po których spojrzałam na komunikację Ciri z innymi psami w nowym świetle.

Ciri nie ma żadnych zaburzeń behawioralnych w komunikacji z innymi psami. Po prostu często zachowuje się demonstracyjnie i agresywnie, a do tego nie jest “społecznym” psem. Nawet lubi się popasać i węszyć z innymi, spokojnymi psami, ale nie interesują jej, a nawet ją denerwują, gonitwy czy “zabawa”.

Niezmiernie mnie bawi, że obszar, nad którym planowałam pracować najmniej, wypada najlepiej

Lękliwość i stres na spacerach

Pamiętam, że minęło kilka tygodni, zanim zorientowałam się, że Ciri nie chce chodzić na spacery. Pewnie musiałam ją trochę poznać, zanim zaczęłam wyłapywać jej mowę ciała i oznaki stresu. Pierwszy sygnałem, jaki zauważyłam było to, że na jednym skrzyżowaniu w parku zawsze upierała się, żeby skręcać w drogę w stronę domu, kiedy ja chciałam iść w przeciwną stronę. Potem zauważyłam, że zawsze na spacerze tak “zbacza” w stronę domu, jak igła kompasu w stronę północy 😀 Co ciekawe, ona nie była psem, który ze strachu np. się zaprze i nie pójdzie dalej. Ona szła razem ze mną, tylko mimochodem zmieniała kierunek coraz bardziej w stronę domu. Zdałam sobie sprawę, że nasza okolica bardzo ją stresuje. Chodzenie zbyt często nad rzekę oddaloną o kilkaset metrów odpadało, bo wymagało drogi wzdłuż ruchliwej ulicy.

Nie było wiele konkretnych bodźców, których bała się Ciri. Do głowy przychodzą mi piłki (najgorszy dźwięk odbijanej piłki albo widok toczącej się), i cienkie wysokie przedmioty. Często zauważała jakby kątem oka krzyż, słup albo drzewo i wycofywała się na ugiętych łapach albo wręcz odskakiwała na kilka metrów.

W grudniu 2018 lęk przed spacerami osiągnął apogeum, kiedy zaczęły się pierwsze petardy. Od połowy grudnia do marca wychodziłyśmy praktycznie tylko na sikupę. Zawracała wtedy do domu zaraz po załatwieniu się i właśnie wtedy umówiłam się z weterynarką-behawiorystką, aby dobrać leki.

Co się zmieniło?

Chęć do spacerowania u Ciri zaczęła rosnąć w okolicy października 2018, po pierwszym spotkaniu z Alą od Jazza. Jednak, jak pisałam powyżej, w grudniu to się już nam “zepsuło” i to bardzo mocno. Wychodziłyśmy z tego kilka miesięcy. Po prostu ograniczyłam spacery po okolicy do kompletnego minimum, dodając do tego czasem spacery bez smyczy nad Odrą. Po pewnym czasie, zaczęłam zauważać z radością, że Ciri po załatwieniu się chce węszyć i nie chce wracać do domu. Wciąż ciągnęła do domu po mniej niż 10 minutach, ale to już był postęp. Stopniowo Ciri z powrotem odbudowywała pewność siebie i zaczęła zwiedzać coraz więcej okolicy.

W tym momencie Ciri prowadzi mnie sama z siebie nawet tą ruchliwą drogą nad rzekę i jest przy tym pewna siebie. Największy problem, jaki mamy pod tym względem to powrót do domu. W jedną stronę pies jest pewny siebie i zrelaksowany, ale jak zaczynamy się kierować do domu, widać oznaki stresu i ciągnięcie na smyczy. Wydaje mi się, że ma to związek z takim “kontrastem” między bieganiem sobie w terenie, a koniecznością chodzenia na smyczy w stresującym otoczeniu. Do tego dochodzi presja z napiętej smyczy – idzie szybko, bo jest zestresowana, smycz się napina, co stresuje ją jeszcze bardziej.

Mogę się też pochwalić, że mamy za sobą kilka wycieczek w bardziej miejską okolicę, m.in. wyjście na lody, gofry i do ogródka w kawiarni. Nie jest idealnie, co wiążę się trochę z punktem o pobudzeniu w obcych miejscach (nawet jeśli nie są to zamknięte przestrzenie), ale udało się i nadmiernie jej te wycieczki nie zestresowały.

Ten obszar jest dla nas bardzo ważny, bo myślę, że praca nad agresją u psa dodatkowo stresującego się całym otoczeniem, jest trudniejsza. Ponownie, praca w jednym obszarze bardzo zależy od innego. Rzecz jasna, wciąż robimy kroki w tył i są dni, a nawet tygodnie, kiedy Ciri po 20 minutach spaceru kieruje swoje łapy do domu, ale powoli uczę się to po prostu akceptować.

Zdolność do regeneracji

Znacie tą koncepcje o napełniającym się kubeczku stresu u psa? Chodzi o to, że każdy pies ma liczbę stresujących lub emocjonujących sytuacji, które może znieść psychiczne. Z każdym takim “zachwianiem równowagi” kubeczek się opróżnia, a koleje zdarzenia pies znosi coraz gorzej. Kubeczek napełniają relaksujące czynności, takie jak odpoczynek, lizanie, gryzienie.

Na początku kubeczek Ciri miał bardzo malutką pojemność. Spacer nad wspomnianą rzekę to było dla niej za dużo. Teoretycznie taki spacer bez smyczy miał ją odstresować, praktycznie długa droga chodnikiem ją psychicznie wykańczała na kilka dni. Każdą aktywność, którą z nią planowałam musiałam rozważyć pod kątem kubeczka Ciri. Jedno stresujące zdarzenie i praca nad agresją była utrudniona, bo Ciri była wrakiem psa.

Co się zmieniło?

W tym momencie tak naprawdę bardzo rzadko widzę po Ciri, że jest “pusta”. Znosi naprawdę dużo na raz i jestem z tego bardzo dumna. Spacery nad Odrę, treningi, ćwiczenia z ludźmi – po wszystkim regeneruje się szybciej, niż kiedyś. Chociaż oczywiście nadal jej daleko do stabilnego psa, który znosi dużo na raz. Najczęściej kubeczek opróżniają nam niestety ataki alergii. Trudno się dziwić, ze złym samopoczuciem fizycznym ciężko się uczyć. Jednak mogę powiedzieć, że dzięki zwiększeniu pojemności naszego kubeczka, praca nad zachowaniami agresywnymi, reaktywnymi i lękowymi jest łatwiejsza.

Przyznam się, że zaraz po adopcji nie miałam pojęcia, ile pracy nas czeka i jak długo będzie to trwało. Na początku zapłakiwałam się, jeśli nie widziałam żadnych postępów po miesiącu (sic!) pracy i myśl o tym, ile to jeszcze może trwać, przerażała mnie. Z perspektywy czasu jest to dla mnie zabawne, bo czuję się jakby Ciri była ze mną od zawsze, a nie tylko 18 miesięcy!

Obiektywnie rzecz biorąc, nasze postępy nie wydają się duże. Najbardziej zadowolona jestem ze zmniejszenia lękliwości na spacerach i komunikacji z innymi psami. Najmniej – z cały czas tak samo uciążliwego pobudzenia w obcych miejscach. Zupełnie nie mogę znaleźć na nią sposobu w takich chwilach. Z kolei praca nad zachowaniami agresywnymi w stosunku do ludzi, zwłaszcza do gości, daje mi duże pole do popisu w planowaniu sesji. Sprawia mi to dużą satysfakcję. Poza mierzalnymi postępami, od adopcji przede wszystkim zmieniłam się ja i moja zdolność zarządzania sytuacją. W tym momencie czuję pełną akceptację naszych problemów i wdzięczność za to, że Ciri zmieniła moje życie (na lepsze!).

Dajcie znać, jak wyglądają u Was postępy w pracy nad psimi problemami. Jak Wam się wydaje – ile czasu powinna zająć praca nad zachowaniami agresywnymi u psa? 18 miesięcy to długo czy krótko, jak na nasze postępy?

Powiązane wpisy

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o
Share via
Copy link
Powered by Social Snap