Jak NIE powinna wyglądać profesjonalna pomoc behawiorysty – po raz drugi

Podczas gdy czekałam na umówioną konsultację z behawiorystką, zdarzył się źle zorganizowany przeze mnie spacer, który przerósł Ciri i sprawił, że porządnie wybuchła kilka razy. W pewnym momencie nie dałam już rady. I ja wybuchłam, wydzierając się na Ciri z agresją, o jaką nigdy siebie nie podejrzewałam. Samym krzykiem sprawiłam, że przylgnęła do ziemi i wywróciła się na plecy. Teraz obie miałyśmy traumę i obie potrzebowałyśmy pomocy. Szybko, natychmiast.

Dostałam numer do innej behawiorystki od mojej przyjaciółki. Zadzwoniłam i znowu opowiadałam to wszystko o Ciri, co powtarzałam już dziesiątki razy innym ludziom albo tylko w swojej głowie.

Ta dziewczyna również była zszokowana tym, co zrobił tamten trener, powiedziała, że takich metod już się nie stosuje. Brzmiała na bardzo zaangażowaną i nawet mnie nie zaniepokoiło, kiedy powiedziała: “Zdecydujemy, czy z tym pieskiem można wyłącznie pozytywnie, czy trzeba zastosować jakiś opierdziel”. Dlaczego mnie to nie zaniepokoiło?? Ano, głownie dlatego, że wcześniej tak mocno skrytykowała metody tamtego trenera. Bo skoro słusznie ocenia, że niekompetentny trener stosował przestarzałe metody, to ona na pewno używa innych metod awersyjnych, lepszych, prawda? “Opierdziel” nie brzmiał aż tak źle.

Ta rozmowa i umówienie się na spotkanie za kilka dni przyniosła mi dużo ulgi i spokoju. Odwołałam spotkanie z poprzednią trenerką, tłumacząc, ze znalazłam kogoś na teraz.

Konsultacja zaczęła się podobnie, jak z poprzednim trenerem. Na dworze, bez uprzedniego wywiadu. W dodatku na ciasnym chodniku, w przejściu między samochodami, więc oczywiście, że Ciri doskoczyła do kobiety po werbalnym przywitaniu. W mgnieniu oka trenerka zabrała mi Ciri, oddaliły się ode mnie (strata właściciela “za karę”) i zaczęła, jak to sama ujęła przez telefon, “opierdzielać” psa. Czyli krzyczeć, przeklinać i tak dalej. Widać było, że w pewnym sensie jest to złość “kontrolowana”, bez nadmiernej agresji, dlatego nadal mnie to nie zaniepokoiło.

Behawiorystka zauważyła, że atak Ciri to nie była “agresja lękowa”, bo… pies miał uniesiony w górę ogon. Lekko się zdziwiłam, bo czytałam, że ogon uniesiony jest przy dużym pobudzeniu, więc w momencie ataku mógł taki być, nawet jeśli motywacją był strach. Według trenerki Ciri wpatruje się w bodźce, nie dlatego, że jest zestresowana otoczeniem, ale dlatego, że jest “kontrolująca”. A także, że rzuca się na ludzi, którzy się z nami witają nie dlatego, bo nauczyła się takiej reakcji emocjonalnej, ale dlatego, bo chce powstrzymać ludzi od zbliżania się do mnie.

Otrzymałam od pani sznurkowe narzędzie nazwane “behawioralną smyczą treningową” (BST). Była to tzw. ringówka, obroża, którą używa się na wystawach do prezentowania psa. Taka obroża albo smycz zaciska się na szyi psa. Nie ma nic złego, w stosowaniu takiego narzędzia na wystawy lub do przejścia gdzieś szybko z psem, który nie ciągnie na smyczy i nie wyrywa się. Natomiast w roli narzędzia treningowego ringówka staje się po prostu dławikiem. Behawiorystka nauczyła mnie, jak “poprawnie” takie coś zakładać i używać. Miałam delikatnie zaciskać sznurek na jej szyi, kiedy wpatrywała się w jakiś bodziec, a luzować i nagradzać ją, kiedy odpuszczała. No piękny balans między awersją a nagradzaniem. Dostałam instrukcję, żeby chodzić z nią w tym na każdy spacer i koniecznie używać tego “poprawnie”!

Na konsultację zaprosiłam mojego ojca. Reszta spotkania obejmowała chodzenie taty wokół nas w różnych odległościach, operowanie BST i nagradzanie (komentarz trenerki, że to BAT – Behaviour Adjustment Training. Na pewno będę tu pisać jeszcze o tej metodzie, która jest genialna, ale to na pewno BAT nie był). Za każdym razem, kiedy Ciri wybuchła, dziewczyna robiła to, co na początku konsultacji, z tym że teraz jeszcze szarpała ją na “behawioralce”. Ćwiczyliśmy też na ławce i jeśli Ciri wstawała mimo komendy “leżeć”, miałam ją kłaść siłą. Dowiedziałam się, że za każdym razem, kiedy “wybuchnie”, mam ją przywiązać do drzewa za karę i oddalić się.

Na koniec otrzymałam rady co do zasad domowych: żadnego głaskania, “zwracania uwagi” na psa, nie pozwalać chodzić psu za sobą po domu, przywiązać ją smyczą do mebli, nie pozwolić wchodzić na łóżko ani spać z nami. Część z tych rzeczy w moim odczuciu wzmacniała naszą relację i z bólem serca starałam się je ograniczyć. Następna wizyta została umówiona na za dwa tygodnie.

W międzyczasie zakładałam Ciri “behawioralkę” na spacery i starałam się ją “poprawnie” używać. Kiedy miałam kilka wątpliwości, zadzwoniłam do trenerki. Spytałam, czy to bezpieczne, jeśli chodzę z nią na tej ringówce, a ona rzuciła się na innego psa, podduszając się. Dostałam odpowiedź: ale to przecież jej wina, że się poddusiła, prawda? Jak zacznie myśleć, to nie będzie się podduszać. Ok, czyli cały wykład o tym, że awersji mam używać “poprawnie”, uważając na to z jaką siłą i w którym momencie mam zaciskać sznurek, odszedł w siną dal.

W dniu umówionej drugiej konsultacji, rozmawiałam z trenerką przez telefon na temat tego, co będziemy robić. Jej planem była praca z Ciri z użyciem obroży elektronicznej. Jak tylko usłyszałam te słowa, intuicyjnie zapaliła mi się czerwona lampka. Po skończonej rozmowie rozpoczęłam wielki research na temat obroży elektronicznych. Tutaj nie było tak łatwo, jak z alpha rollem. Obroża elektroniczna/elektryczna była często uznawana jako nowoczesne urządzenie do treningu. Po całym dniu rozmyślań, ponownie zdałam się na moją intuicję. Napisałam dziewczynie smsa, że z powodu sugestii użycia obroży elektronicznej, rezygnuję z dalszych usług. Dostałam odpowiedź, ale nie chciałam kontynuować tej rozmowy.

Z perspektywy czasu, jestem niesamowicie wdzięczna, że zaufałam sobie. Niezależnie, co uważasz o obrożach elektrycznych, nawet jeśli twierdzisz, że są sytuacje, w których można ich użyć, bo wzmocnienie pozytywne “nie działa” (bzdury, kary i wzmocnienia działają z definicji) – musisz przyznać, że plan użycia tego narzędzia na drugiej konsultacji na psie, który nawet nie chce wychodzić na spacery, stresuje się całym otoczeniem i jest niesamowicie wrażliwy i niestabilny, jest po prostu nieodpowiedzialny.

Tyle się mówi na temat tego, że awersja powinna być używana z rozważeniem wszystkich konsekwencji. Najpierw trzeba wypróbować wszystkie inne opcje i tak dalej. Tymczasem trener, który widział mojego psa raz w życiu i kompletnie nic o nim nie wie, bo nawet nie zrobił wywiadu, chce użyć takiej obroży… Myślę, że nie trzeba być przeciwnikiem używania narzędzi awersyjnych (chociaż ja jestem), żeby ocenić kompetencje takiej osoby. Już nie wspominam o tym, jak często przyczyną problemów behawioralnych są problemy zdrowotne i ból. Czy ktokolwiek zalecił mi gruntowne przebadanie psa przed użyciem narzędzia tak wysokiego ryzyka jak obroża elektryczna?

Rozumiem, że ludziom zależy na szybkich efektach i wizyta behawiorysty ma być jak machnięcie czarodziejską różdżką. Ale przy użyciu impulsu elektrycznego czy dławika tylko tłumimy dane zachowanie, nie zmieniając reakcji emocjonalnej. Oczywiście, że to działa. Pies nie atakuje, bo wie, że to wiąże się z bólem i dyskomfortem, ale nadal się boi. To, że coś działa, nie znaczy, że jest dobre. Ja nie szukałam skrótów ani szybkich metod. Chciałam nawiązać relację z moim psem, choćby miało to trwać lata.

Kilka dni po tym, jak przestałam używać ringówki, wracałam z Ciri późno wieczorem ze spaceru, kiedy zaskoczyły nas wystrzały. Ciri była chyba na zwykłej obroży, ale i tak czułam jak się poddusza, uciekając w panice… Nie chcę nawet sobie wyobrażać, jaką krzywdę mogłaby sobie zrobić na “behawioralnej smyczy treningowej”.

Jaka jest różnica między tą panią a trenerem z poprzedniego wpisu? Moim zdaniem, tamten trener był samoukiem, człowiekiem może i z doświadczeniem, ale bez rzetelnej, aktualnej wiedzy. Sprawiał wrażenie, jakby żył w zupełnie innym świecie, w którym nikt jeszcze nie obalił teorii dominacji. Nie usprawiedliwiam go, ale za to druga behawiorystka, z którą miałam do czynienia, dobrze wiedziała, że to co robi jest kontrowersyjne. Ukrywała swoją przemoc pod narzędziami o wymyślnych nazwach – jak “smycz behawioralna” czy “obroża elektroniczna”. I być może nawet wierzyła, że to nie jest wcale przemoc.

W tamtym momencie nie zostało mi nic innego, jak z powrotem umówić się z behawiorystką, z którą dopiero co odwołałam konsultację. Znalazłyśmy wspólny termin za około 2 tygodnie i spotkałyśmy się. Mimo, że ta pani nie używała awersji i pracowała głównie metodami pozytywnymi, to… nie kliknęło (ha, ha, ha) między nami. Po prostu nie było chemii między nami i zaangażowania z jej strony.

Ale ja już wiedziałam, że jeśli kiedykolwiek mam pomóc mojemu psu, muszę się sama wiele nauczyć i być w stanie zweryfikować wiedzę potencjalnego trenera. Zaczęłam czytać: Turid Rugaas, Nicole Wilde, Patricia McConnel, Karen Pryor (polecane przez mnie książki znajdziesz tutaj). Coraz rzadziej czułam bezsilność, a coraz częściej rozumiałam mojego psa i postanowiłam, że na razie robię sobie przerwę z szukaniem kolejnej osoby do pomocy.

Przerwa potrwała niecały miesiąc, bo w międzyczasie trafiłam na osobę, w której pokładałam duże nadzieje, ale o tym w następnym wpisie 😉

Powiązane wpisy

2
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
fringiellaMarta Recent comment authors
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Marta
Gość
Marta

Lepszy nieudolny behawiorysta „pozytywny” niż skuteczny „awersyjny”.

Share via
Copy link
Powered by Social Snap